Author: vegedario

Kiedy powiedzieliśmy rodzinom o planach rowerowego wyjazdu na Ukrainę, lamentom i przestrogom nie było końca. „Po co na Ukrainę? Tyle jest miejsc w Polsce, a jak już za granicę chcecie to do Czech, albo Słowacji”. „Na Boga, przecież tam wojna, gorzej niż w Somalii. Na ulicach leżą ciała zabitych, pociski świszczą w powietrzu, wszędzie miny. Tylko przekroczycie granicę i jesteście martwi...” itd. Po takich słowach nie jeden poważnie zastanowiłby się nad wyjazdem. Ale nie my. Decyzja podjęta. Jedziemy. Musimy zobaczyć na własne oczy jak to jest.

Oczywiście jeśli spojrzycie na mapę na dole strony, zobaczycie, że nie pojechaliśmy na Krym. Nasza trasa wiodła wzdłuż Polskiej granicy w kierunku południowym od strony Ukraińskiej. Także byliśmy około 1000km od miejsca gdzie cokolwiek wojskowego się działo, ale to i tak nie przeszkodziło naszym rodzinom w usilnym zatrzymywaniu nas. Ale do rzeczy.p1130006

Do naszych sąsiadów dostaliśmy się przez przejście graniczne w Medyce/Szeginie. Warto dodać, iż jest to jedyne przejście graniczne z Ukrainą, gdzie odprawiane są rowery. Wystarczy udać się za lokalnymi mrówkami do przejścia pieszego. Żadnej kontroli tylko pytanie o kierunek jazdy i pieczątki wbite. Można eksplorować Ukrainę.

Pierwsze wrażenia bezpośrednio po wyjściu po drugiej stronie. „Mmmm drogi nawet niby lepsze niż u nas. A wszystkie dziewczyny jakie śliczne są .To będzie przyjemna podróż.” Czar prysnął kiedy jakieś 500m za przejściem GPS rozkazał skręcić w prawo w kierunku miejscowości Popovychi . Droga miała być wojewódzka ale…. Może i z nazwy była. Zjazd na nią był ostatnim miejscem gdzie widzieliśmy asfalt. To było nic innego jak szeroka droga polna z dziurami w których swobodnie można kąpać się po deszczu. Dobrze przez całą naszą podróż przez Ukrainę nie padało bo ryzykowalibyśmy utonięcie w niejednej z takich dziur :P Pierwszym widokiem jaki przywitał na tej wyśmienitej drodze był pan wylewający na nią pomyję oraz biegnący środnikiem drogi samopas koń oraz atakujące go gęsi. „No w końcu zobaczymy prawdziwą Ukrainę. Pomyśleliśmy.”

Na horyzoncie widać chmury. Z obawą patrzymy w niebo. W Polsce to przystanki co jakiś czas przynajmniej są i w kryzysowych sytuacjach można się zatrzymać i na spokojnie pomyśleć co dalej. A tu skoro nawet drogi nie ma to pewnie o przystankach i autobusach nigdy tu nie słyszano. O jakież było nasze zdziwienie kiedy minął nas autobus jadący, a raczej manewrujący w sposób niezwykle zwinny pośród niezliczonych dziur w drodze, w kierunku Lwowa. A już kilkukrotnie musieliśmy przetrzeć nasze pełne niedowierzania oczy kiedy zobaczyliśmy jeden z przystanków autobusowych. Wnętrza wyłożone mozaikami z kolorowych płytek, a na szczycie wielkie napisy miejscowości Wyglądały jak małe, jednak zaniedbane już, pałace. I choć widać na nich było ząb czasu to wyglądały nadal spektakularnie. Pomyśleć jak wspaniale musiały wyglądać w czasach swojej świetności.

Drugiego dnia postanowiliśmy zjeść coś w lokalnym barze. Kolejka jak za komuny, i jak się okazało po podejściu do lady, że i zaopatrzenie też jak za komuny. Na ladzie leżało menu. Jak przystało na turystę z zachodu biorę do rąk i zamawiam:

- „Poproszę smażone ziemniaki z kotletem schabowym i surówką z marchwi. Dwa razy”

Kobieta, która wyglądająca jak kucharka ze szkolnej stołówki, odwróciła się bo akurat nalewała komuś wódki, spojrzała na mnie, ale tak dziwnie i powiedziała: „Nie ma.”

-„No to w takim razie wezmę gulasz z kaszą”p1120960

-„Nie ma.”

-„A są pierogi”

-„Były ale już nie ma.”

-„A co jest?”

-„Puree z rybą i kapustą się ostało.”

-„Dobra biorę!”

I tak to. Dziwna sprawa bo choć w barze było pełno ludzi to możliwości na składanie zamówienia nie było wiele. Zdziwiło mnie o tyle bardziej kiedy facet, który stał za mną zamówił właśnie kotleta i dostał go. Jak się później okazało, trzeba dzwonić rano, bo wtedy jest wszystko z menu i składać zamówienie, a odebrać można kiedy się chce. To gwarancja, że dostanie się to co się zamówiło. Oczywiście wszyscy do obiadu brali po szocie wódki (dziwili się, że dla nas nic…) i mnóstwo chleba. Wygląda na to, iż Ukraińcy biorą chleb do wszystkiego: rosół, kasza, wódka, ziemniaki, makaron. Wszystko z chlebem.

No oprócz chleba wiadomo alkohol, głównie wódka. Na jednym z podjazdów spotkaliśmy trzech młodych Ukraińców, pasterzy odpoczywających w cieniu drzewa. Witali nas już z daleka. Zatrzymujemy się, a jeden z nich energicznie woła:” Wodićki?!” Nie bardzo wiemy o co chodzi ale brzmi jakby oferowali nam wódkę (wodićka – wódeczka no jak nic po naszemu) . Mówimy więc grzecznie: „Nie , nie. Nie pijemy, bo na rowerach a droga jeszcze daleka. ” Jak się za chwilę okazało nie chcieli dać nam wódeczki ale pytali się czy my nie mamy wody (wodićka to woda) bo na popitkę nie mają, a wódeczki to mają dostatek. Uśmialiśmy się jak nigdy.

W sumie zachęceni popularnością alkoholu też na własna rękę postanowiliśmy spróbować. Piwa na początek, bo podobno dobre. No to trzeba iść do sklepu. Tym razem oddelegowany został Mateusz wziął pieniądze i idzie, a że ceny przystępne bardzo i na wszystko nas stać mówię do niego: „Weź najdroższe jakie mają. Niech widzą, że nas stać!” I tak zrobił. Stoi przy kasie z najdroższym piwem w ręku, a kasjerka do niego: „O bezalkoholowe widzę. Turysta pewnie bo u nas się takiego nie pija!” No i cały plan szlag trafił. Mateusz nie znając cyrylicy nie doczytał zawartości alkoholu. Na szczęście miła sprzedawczyni poratowała go i dała mu 9.5% trunek. W sam raz na wieczór.

Krajobrazy Ukrainy urzekły nas. Było naprawdę pięknie. Droga w stylu fińskim czyli podjazd, zjazd, podjazd, zjazd. Po jednym z takich zjazdów zatrzymaliśmy się w sklepie na uzupełnienie płynów. Podszedł do nas starszy pan, emerytowany marynarz na Morzu Czarnym. Tłumaczył jak to przed nami droga „w goru”, „w niż”, „w goru”, „w niż” i trochę nas ostrzegał bo mówił, że niedawno tą samą trasą przejeżdżał taki jeden warszawiak i nie dał rady bo za duże podjazdy. Ewakuował się autobusem. Nam to nie przeszkadzało nawet cieszyliśmy się bo za każdym podjazdem nowy horyzont. Poza tym, piękne nienaruszone wiekowe lasy, strumienie i rzeki przy których doskonale wkomponowane są drewniane, choć w większości chylące się ku ruinie domki. Ludzie ciężko pracujący na roli, wielu z użyciem konia. Widać, że ludzie wiodą tutaj prawdziwe nie zniszczone przez wyścig szczurów życie, polegają tylko na sobie, na plonach ziemi, które uda im się zebrać i zwierzętach, które hodują. Muszę przyznać, że dawno nie widziałem stada krów, kóz czy gęsi, a już na pewno konia pasącego się bez powrozu przy rzece. Prawdziwe niezmącone wiejskie życie. I choć obrazki były to piękne obrazki to mówiliśmy do siebie. „Zobacz, wszyscy mieszkańcy to starzy ludzie. Młodzi pewnie uciekli w poszukiwaniu lepszego życia. Jeszcze kilka lat i wioski przez ,które teraz przejeżdżamy znikną wraz z odchodzącymi wiekowymi mieszkańcami.” Smutne to choć nie dziwię się młodym, którzy wyjeżdżają. Każdy chce żyć dostatku i dobrobycie, a tu nie ma takiej szansy.p1120893

Szansy nie ma ale nie znaczy, że pieniędzy i bogactwa też nie ma. Choć jak pisałem wcześniej przystanki wydawały nam się spektakularne to już całkowicie opadły nam szczęki kiedy po raz pierwszy zobaczyliśmy cerkiew. Widać je już z daleka gdyż słońce odbija się w ich złotych dachach. Są to budowle ociekające bogactwem i precjozami. Dachy, drzwi, rynny, klamki, śruby wszystko pozłacane (może i złote) a gnie biedniejsza parafia to srebrne albo miedziane. Widok naprawdę oszałamiający i dający dużo do myślenia. Z jednej strony bogactwo i przepych cerkwi, a z drugiej walące się domy w których mieszkają Ukraińcy. Kto za to płaci dlaczego tyle inwestuje się w cerkwie bo były dosłownie wszędzie nawet w wioskach gdzie były trzy czy cztery domy. Tego nie wiem.

Co mnie jeszcze boli oprócz widoku chylących się domów w tym jakże wspaniałym krajobrazie, to wszędzie leżące śmieci. Nasz Warmshowerowa gospodyni mówiła, iż chyba tylko w większych miastach zbierane są śmieci a już naprawdę niewiele osób wie co to segregacja, a nawet jakby wiedzieli i chcieli segregować to nie ma takiej możliwości bo śmieci i tak potem lądują na zbiorowym śmietnisku. Smutne to.

W przedostatni dzień pobytu na Ukrainie zaplanowany mieliśmy kulminacyjny moment naszej wycieczki, a mianowicie zdobycie rowerami najdalej wysuniętego miejsca na południe Polski (szczyt Okuninki). Chcieliśmy zdobyć go od strony ukraińskiej bo od polskiej jest park narodowy i zakaz wstępu. Kiedy wjechaliśmy na przełęcz Użocką i objęliśmy wzrokiem miejsce gdzie musielibyśmy się udać (piechotą bo z rowerami zajęłoby nam to dużo czasu, a szczególnie dlatego, iż nie ma tam jakiejś specjalnie drogi). Było popołudnie i pogoda chciała się zepsuć więc skończyło się na tym, iż wskazaliśmy palcem na miejsce gdzie powinniśmy dojść, uścisnęliśmy sobie dłonie na znak zaliczenia punktu i w dół na drugą stronę przełęczy. (o spotkaniu ze strażnikiem z prawdziwą bronią w ręku , o wizycie u naszej Warmshowerowej gospodyni – Viktorii i o tym jak to było na Słowacji w kolejnej części)

mapa

Komentarze   

+1 # Magda 2014-06-11 20:00
Jestem urzeczona :) Opisem, doświadczeniami , poczuciem humoru.
"Droga w stylu fińskim"... Uwielbiam :)
Odpowiedz | Odpowiedz z cytatem | Cytować

Dodaj komentarz

Kod antyspamowy
Odśwież