Gdzie by tu pojechać na weekend? Na pewno nie na Ukrainę, słyszymy jak zwykle – „tam przecież wojna, pociski świszczą w powietrzu i już tuż za granicą teren jest zaminowany, a każdy ma przy sobie broń palną i kilka granatów”. Mimo tego, my jak zwykle wiemy swoje. Ukraina zachwyciła nas już na wiosnę więc i teraz też postanowiliśmy zignorować bezpodstawne przestrogi znajomych i rodziny. Planowanie wyprawy rozpoczęliśmy spontanicznie, dzień przed wyjazdem. Mateusz słyszał od znajomych, że na Ukrainie, w Szackim Parku Narodowym niedaleko granicy z Polską i Białorusią na wysokości Włodawy znajduje się przepiękne jeziorko Świtaź.

Zjazd z przełęczy Użockiej to istna muzyka dla zmęczonego podjazdem ciała. Niemal 30 km ciągle w dół, aż do samej doliny rzeki Uż. Kolejne rekordy prędkości gwarantowane. Zjeżdżało się nawet za dobrze, a szczególnie Mateuszowi, który nie zobaczył znaków STOP i żołnierza w pełnym takielunku stojącego przy poboczu drogi i zatrzymującego zjeżdżających z przełęczy na kontrolę. Mateusz tylko przemknął koło niego. Na szczęście pan żołnierz tylko uśmiechnął się i kiedy ja zwalniałem aby się zatrzymać, machnął tylko ręką, abym podążał za pędzącym z przodu kolegą. Widać wiedział chłopak z jakim trudem wjechaliśmy na górę i nie chciał odbierać nam przyjemności nieprzerwanego zjazdu.

Kiedy powiedzieliśmy rodzinom o planach rowerowego wyjazdu na Ukrainę, lamentom i przestrogom nie było końca. „Po co na Ukrainę? Tyle jest miejsc w Polsce, a jak już za granicę chcecie to do Czech, albo Słowacji”. „Na Boga, przecież tam wojna, gorzej niż w Somalii. Na ulicach leżą ciała zabitych, pociski świszczą w powietrzu, wszędzie miny. Tylko przekroczycie granicę i jesteście martwi...” itd. Po takich słowach nie jeden poważnie zastanowiłby się nad wyjazdem. Ale nie my. Decyzja podjęta. Jedziemy. Musimy zobaczyć na własne oczy jak to jest.