Author: mateuszmmi

 

Choć od ostatniej wyprawy minął już ponad miesiąc, nadal odczuwałem zmęczenie i zakwasy. Tak to jest jak wyrusza się w dalekie podróże nieprzygotowanym, bez wcześniejszej rozgrzewki i ćwiczeń. Zmobilizowany powodzeniem poprzedniej wyprawy, oglądałem w internecie filmy z przygotowań do triatlonu Ironman oraz wygląd samej imprezy (jak zwykle trochę za wysoko mierzę) Przypadkiem trafiłem na historię zakonnicy (siostra Madonna Buder aka Iron Nun), która rozpoczęła trening do tych zawodów w wieku 48 lat, a po raz pierwszy pokonała całą trasę w regulaminowym czasie w wieku 52 lat. Był to jak dla mnie nieprawdopodobny wyczyn i zamierzam w przyszłości (jak wreszcie będzie mi się chciało) „zaliczyć” cały wyścig.

Teraz jednak nie ma co marzyć, trzeba by coś zrobić realnego. A dlaczego by nie przejechać całego triatlonowego dystansu rowerowego 180 km w jeden dzień? A żeby było trudniej to dlaczego by nie użyć starego roweru komunijnego? Także zaplanowałem, że jeszcze przed obroną pracy magisterskiej wyruszę sam w trasę do Włodawy i z powrotem do domu. Kilka dni przed wyjazdem dowiedziałem się, że chęć do wyjazdu zadeklarował mój kompan Andrzej, a także szwagier Łukasz. Zawsze raźniej jedzie się w kilka osób.

Wyjazd zaplanowałem na ok 4 rano, a powrót po spokojnej jeździe, na godzinę 22. Po ciężkiej pobudce po godzinie 3 rano, zebraliśmy cały prowiant i z Andrzejem wyruszyliśmy pod garaż na spotkanie ze szwagrem. Musiałem jeszcze poskręcać trochę rower, nasmarować łańcuch (jak zwykle nie zdążyłem ze wszystkim) i już we trójkę wyruszyliśmy w trasę...

… no prawie bo po przejechaniu kilku metrów mój rower zaczął niemiłosiernie skrzypieć i na początku nie mogliśmy zidentyfikować co dokładnie się stało. Ale pojechaliśmy dalej, choć aż wstyd było nim jechać. Okazało się że tylna oś była tak wykrzywiona (a jeszcze dzień wcześniej wszystko było ok), że zębatki od przerzutek obracały się nie tylko dookoła ale także na boki :D. No nic najwyżej jak nie będzie się dało jechać dalej to rzucę rower w krzaki i wrócę busem. Ale nie było aż tak źle. Po dojechaniu do Chełma (25km) postanowiliśmy się rozdzielić, Andrzej ze szwagrem na super wypasionych rowerach pojechali po coś do jedzenia, a ja żeby nie spowalniać ruszyłem do przodu.

Spotkaliśmy się dopiero w Woli Uhruskiej. Jak się dowiedziałem koledzy nie kupili nic do jedzenia, jakby nie wiedzieli, że o takiej porze normalni ludzie jeszcze śpią. Okazało się także, że nie tylko ja mam problem z rowerem, ponieważ szwagier (muszę to napisać, wypominam mu to do dzisiaj) kupił sobie super lekkie siodełko dobrej firmy. Po moich oględzinach stwierdziłem że dębowa deska dopasuje się szybciej do jego siedzenia. Ale nie! On wiedział swoje. Już we wspomnianej miejscowości ubolewał i chciał się przesiąść na mój rower, oczywiście ja po doświadczeniach z Bałtowa założyłem sobie siodełko-kanapę na podwójnej amortyzacji :D. Nie ma co narzekać, jedziemy dalej!DSC03637

W trakcie wyprawy zahaczyliśmy jeszcze o Bug i tam spożyliśmy porządny posiłek. Było wtedy bardzo gorąco i oczywiście jak to nad Bugiem przepięknie. Po odpoczynku trzeba było ruszyć dalej. Teraz nad jezioro Białe. Droga do celu była dość ładna i jechało się tak przyjemnie, że zostałem daleko za moimi kompanami. Gdy dojechałem do planowanego postoju oni już wypoczęci chcieli ruszyć dalej (cwaniaki!). Na szczęście dla mnie ich GPS'y rozładowały się i wstąpiliśmy do pobliskiego domu pożyczyć wiaderko prądu. Po krótkiej pogawędce ruszyliśmy ochłodzić się trochę nad jezioro Białe. Koledzy chcieli zaliczyć jeszcze focie przy drogowskazie „Włodawa”, także zostawili mi całe swoje obciążenie obok sosenki, a ja ułożyłem się spokojnie w cieniu w celu odpoczynku i przysypiałem. Ale nieeee! Jak zwykle coś się musiało wydarzyć. Okazało się że całe teren w promieniu chyba kilometra (wiem że wyolbrzymiam, ale byłem sfrustrowany) był opanowany przez mrówki. Ale nie takie zwykłe mrówki. Tak wściekłych to ja w Polsce nie widziałem, po sekundach leżenia w jednym miejscu zbierała się ich cała masa i gryzły gdzie popadnie. Miałem do wyboru albo chodzić w kółko albo położyć się na asfalcie. Po powrocie kolegów na szczęście szybko ruszyliśmy dalej. Po drodze posiedzieliśmy jeszcze obok takiego ładnego jeziorka (Jezioro Glinki), było ładnie to nie mogliśmy nie skorzystać. Upchani bananową skrobią, popedałowaliśmy wreszcie nad Białe.

Nad Białym jak to zwykle w ładną pogodę na weekend cała masa ludzi. Andrzej był bardzo rozczarowany, mówił że od dziecka chciał pojechać w to miejsce.

„Tak to prawda. Nad Białym mieszkał kiedyś mój wujek i zawsze kiedy przyjeżdżał mówił jak tam jest pięknie i obiecywał, że kiedyś mnie zabierze. Wiem śmiesznie to brzmi bo wydaje się, że Jezioro Białe to taka odległa kraina do której ciężko się dostać, ale jak byłem mały to czasy były inne. Wujek rzadko przyjeżdżał, a rodzice nie mieli pieniędzy, żeby mnie tam zabrać. Później wujek wyprowadził się stamtąd i marzenie prysnęło. Teraz byłem tam po raz pierwszy. I wszystko było nie tak. Totalna komercha, wszędzie tłumy, woda pełna śmieci pozostawionych przez turystów, opuszczone domy bo ludzie (tak jak mój wujek) wyprowadzili się gdzie indziej. Odnieśliśmy z Mateuszem podobne, negatywne wrażenie tego miejsca. Wolałem jednak moją wizję tego Białego jaką miałem w dzieciństwie.”

Dodatkowo woda była zimna, brudna, co chwilę wciągałem z niej butelki po piwie. Ale ludzie bardzo chwalą to miejsce, pewnie dlatego, że jest tu ładne wesołe miasteczko, dużo budek z kebabami oraz hod dogami, no i najważniejsze można kupić sobie piwo, pieprznąć się na piachu i popatrzeć na ludzi, którzy zasłaniają nam taflę wody. Po 10-minutowej drzemce stwierdziliśmy że już czas wracać do domu.DSC03583

Wyjechaliśmy na prostą drogę w kierunku Chełma, tak prostą że nie było widać zakrętów. Jedynym miłym widokiem był zniszczony las brzozowy, miłym ze względów wizualnych. Las ten był podmokły, a rosnące w nim drzewa uschły i po dwóch stronach szosy można było zobaczyć połacie białych pali wetkniętych w grząski teren. Po kilkunastu kilometrach zmęczenie dawało się we znaki i zdesperowani postanowiliśmy z Andrzejem klapnąć sobie na pobliskim przystanku. Niestety był on zajęty przez grzybiarzy z kozakami, ale to nam nie przeszkadzało i położyliśmy się w pobliskiej trawie. Szwagier nas poganiał, ale niestety nasze zmęczenie wygrało i ucięliśmy 20 minutową drzemkę. Po takiej dawce regeneracji, dostałem takiego kopa, że przez większą część trasy, aż do Rejowca, byłem liderem. Muszę tu jeszcze dodać, że po skoku z dość wysokiego krawężnika wyprostowała mi się tylna oś, od razu jechało się przyjemniej. Kolejna drzemka „dopadła” nas przed wjazdem do Chełma, tu ułożyliśmy się bezczelnie po prostu na środku chodnika, a już ostatnia parę kilometrów od domu po stromym podjeździe. Podjazd był tak duży i stromy, że na pozycji lidera zmienił mnie szwagier, może dlatego że jechał od Włodawy bardzo oszczędnie. Kryzys formy przeżywał Andrzej, który to dzień wcześniej pokonał 70 kilometrów jadąc do mnie. Szwagier był już oczywiście na prowadzeniu. Odjechał tak daleko, że czekał na Andrzeja ok 20 minut.

Ostatnia prosta była mordownią, gdyby nie to, że do domu zostało już kilka kilometrów, spalibyśmy już dawno w krzakach. Ale nie to było najgorsze. Jako że mieszkam w bloku musieliśmy, zejść z rowerów, zostawić je pod klatką i wejść po schodach, oczywiście windy nie ma. Był to tak ciężki wyczyn, że w połowie rozważaliśmy sen na klatce, ale nie ma co marudzić kontynuowaliśmy naszą wspinaczkę. Po kilku minutach dotarliśmy na parter. Na szczęście tutaj już były drzwi od domu, a tam czekał na nas „suty” obiad. Byliśmy tak zmęczeni, że nie mieliśmy siły obracać żuchwami i pompować ślinę śliniankami w celu rozpoczęcia pierwszego etapu trawienia. Popatrzyłem więc na zegarek było po 21, położyłem się na łóżku i następna rzecz jaką pamiętałem to jak rano obudził mnie Andrzej, chciał się pożegnać bo musiał wrócić kolejne 70 km do domu. W wyrazie współczucia pożegnałem go i położyłem się jeszcze spać.

Zapraszam do obejrzenia Galerii z wyprawy

 


 


Pokaż Krasnystaw - Bug - Białe - Krasnystaw na większej mapie


 

Dodaj komentarz

Kod antyspamowy
Odśwież