Author: mateuszmmi

 

Jak to się zaczęło?

 

A zaczęło się od tego, że... No już nie pamiętam skąd wpadł mi do głowy ten pomysł. Zawsze po Lublinie spacerowałem piechotą, a Andrzej wolał podróżować rowerem. Ale nie chciał przywozić swojego super roweru i nie kusić złodziei ”Wiadomo Lublin, trzeba mieć oczy wokół głowy.”, dlatego na pchlim targu kupił sobie taki badziewny rowerek młodzieżowy za 90 zł. Po 300 km zużyciu uległa śruba mocująca pedał do osi supportu. A, że Andrzej jest leniwy wolał przyjechać swoim lepszym rowerkiem do Lublina, i zabrać ze sobą dwie kłódki ”Przezorny zawsze ubezpieczony”. Pożyczałem więc od niego uszkodzony rower i jeździliśmy trochę razem po ścieżkach rowerowych Lublina m.in. nad zalew Zemborzycki. Ja oczywiście z kluczem, którym co chwilę dokręcałem pedał. Pewnego dnia nastąpił przełom i postanowiłem kupić śrubę w Praktikerze. Śruba była tak złej jakości, że po dokręceniu trzpień został w środku i jedynym wyjściem było przyspawanie pedału na stałe. Zrobiłem to za 2 piwa u mojego kolegi i można było śmigać.

No i właśnie pewnego pięknego dnia wymyśliłem (jak to mówią angliści the ultimate test dla roweru), że pojedziemy gdzieś daleko, np. za Wisłę tam surwiwal, czyli spanie gdzie popadnie, żarełko z ogniska no i powrót. Pamiętam, że Andrzej parsknął śmiechem i na tym się skończyło. Ale ja dalej wałkowałem temat i usłyszałem od niego: „Jak chcesz to mogę z tobą jechać, ale będziesz cierpiał”. Nie wzruszony jego słowami zaplanowałem całą trasę i przedstawiłem mu ją. Andrzej znowu się roześmiał, okazało się że w pewnym miejscu trasy nie ma mostu: „Trzeba będzie się chyba wpław przeprawiać”. Mnie jak zwykle nic nie rusza, wiem, że jakoś to będzie i że na pewno cokolwiek się stanie nie będę tego żałował. Po długich namowach i marudzeniu w końcu ustaliliśmy, że jedziemy następnego dnia rano.

 

Cel wycieczki

 

Nie było jasno sprecyzowanego celu. Chodziło tylko o to aby pojechać gdzieś dalej, ok 80 km od aktualnego miejsca zamieszkania, tam przeżyć i wrócić cało do domu. Nocleg miał być na dziko, jedzenie z ogniska, jednym słowem totalna improwizacja. Byłem ciekawy co z tego wyjdzie. No to w drogę!

 

Przygotowania

 

Nie było żadnych przygotowań. Wszystko miało być spontaniczne i w przeciwieństwie do Andrzeja liczyłem, że coś NIE pójdzie zgodnie z planem, będzie trzeba kombinować i jak już się tam pojedzie to ciężko będzie wrócić, bo w niedzielę trudno z komunikacją, no chyba że jakimś stopem. W plecak zapakowałem zamrożony schabik, jakieś kanapki, czekoladki, picie i jazda.

„Mateusz jak zwykle podszedł do tematu jak młokos. Żadnych przygotowań, zapakował bryłę mięsa do plecaka i zadowolony mówi, że jedziemy. Dobra mówię nie na takich wycieczkach byłem. To nie ja będę cierpiał. Ja wziąłem parę cieplejszych ubrań, zapas skarpetek, i kurtę oraz spodnie z membrany, do jedzenia kaloryczne pączki i zapas kanapek oraz owoców.”

Wyruszamy jak najwcześniej.

 

phoca thumb l 20130428491Zebraliśmy się dopiero ok 10 rano i zrezygnowani zastanawialiśmy się czy aby na pewno jest to dobry pomysł. Po kilkukrotnym przemyśleniu stwierdziliśmy że nie i pojechaliśmy. Wiatr był tak duży i silny :D , że z trudem można było pedałować, a moje siodełko było strasznie twarde i zniszczone, zresztą jak wszystko w tym rowerze, podłożyłem więc sobie mięciutki ręczniczek pod tyłeczek. Jednak nic to nie dało i po dużych kombinacjach, cierpiałem dalej na gołym... siedzeniu. Ale to i tak jedno z niewielu cierpień przed, którymi ostrzegał mnie stary wyga - Andrzej.

 

Nie ma czasu na postoje. Musimy złapać prom.

 

Pierwszy postój miał miejsce już kilka kilometrów za Lublinem. Kanapeczki z ogóreczkiem i flaszeczka z sokiem bo zaczęło nas tak dziwnie ssać w żołądkach. Oj tam 5 minut nas nie zbawi. Po 20 minutach zdecydowaliśmy się, że starczy tego dobrego i ruszamy dalej. Teraz już naprawdę bez zatrzymywania. Kolejny postój... a tak na serio to na początku to ciężko było, szczególnie mi zmobilizować się do tak trudnego wyzwania. Nie dość, że z trudem mogłem utrzymać się na siodełku ponieważ rower był dla mnie za mały to jeszcze pogoda nie była zbyt dobra (mocno wiało, było pochmurno i zbierało się na deszcz) a przyspawany dopiero co pedał mógł w każdej chwili odpaść, co automatycznie oznaczałoby koniec wyprawy. Stąd postoje zdarzały się dość często. Lecz z każdym kolejnym kilometrem bliżej do celu chęci rosły, a ja czułem, że jednak uda mi się pokonać zaplanowaną trasę.

„Wiem, śmiałem się z planów Mateusza ale ostatecznie zgodziłem się jechać, ale nie dlatego, żeby zobaczyć czy znajdzie w sobie wystarczająco chęci i motywacji do przejechania tego dystansu ale bardziej, żeby sprawdzić czy mój rower, prawie kompletna kupa złomu na której bałem się nawet wyjechać przed blok, wytrzyma taki wycisk. A przy okazji mogło być śmiesznie.”

Wyczytaliśmy w internecie, że prom kursuje do 17.00, więc im bliżej tej godziny tym mocniej naciskaliśmy na pedały. Ostatecznie pojawiliśmy się na brzegu Wisły kilkanaście minut przed 17.00. Wszystko było idealnie, prom stał zacumowany przy brzegu i czeka na pasażerów. Tylko, że prom stał po drugiej stronie rzeki :/ Zrezygnowani usiedliśmy na brzegu i zastanawialiśmy się co dalej. Życie uratował nam starszy, przypakowany dziadziuś, który wyniuchał okazję (pewnie nie zdarzają się dość często) przywiosłował do nas swoją banderą. Za dychę podrzucił nas na druga stronę i z uśmiechem udał się do pobliskiego sklepu. My też zadowoleni ruszyliśmy dalej. Po dużym podjeździe i stromym zjeździe droga trochę się wyprostowała. Podczas kolejnego postoju poinformowałem Andrzeja, że schabik już prawie rozmarzł i jak już dojedziemy będziemy mieli niezłą ucztę. Szkoda, że nie ma do schabika ryżu... Za kolejnym zakrętem zupełnie przypadkiem trafiliśmy na wóz kartofli stojący przy drodze. Cóż, pomyśleliśmy, że ziemniaki też pasują, a skoro nie było nikogo w pobliżu, pięć ziemniaków w tą czy w tamtą nie zrobi różnicy.

 

Za Bałtowem szukamy noclegu.

 

phoca thumb l 270420131005Byliśmy jeszcze grubo przed Bałtowem, a już wiedzieliśmy, że przed nocą tam nie zdążymy. GPS cały czas płatał nam figle prowadząc nas nieistniejącymi, piaszczystymi drogami. Andrzeja opony typu semi-slick dawały jakoś radę, a moje wytarte zębem czasu szosówki sprawiały, że kręciłem bączki. Przez większość trasy zmuszony byłem pchać rower nieustannie słysząc w oddali głos Andrzeja „Musimy się troszkę wrócić, bo znów jesteśmy w ciemnej dupie”. Jakby tego było mało urwała mi się podeszwa w bucie i trzymała się tylko kurczowo napięcie na pięcie. Wreszcie wyjechaliśmy na drogę asfaltową, lecz po kilometrach znowu stanęliśmy przed poważnym wyborem. Albo jechać skrótem przez las (8km) albo asfaltówką (25 km). Wybór był prosty jedziemy przez las, i tak już się ściemniało. Mieliśmy tylko nadzieję, że droga nie będzie zła. Droga nie okazała się zła, była fatalna. Po 5 kilometrach GPS upadł na głowę i wskazał nam abyśmy jechali drogą, której oczywiście nie było, a która prowadziła po krzakach pośród drzew. Zdesperowany powiedziałem, że musimy natychmiast znaleźć nocleg bo do niczego to nie prowadzi, zastanowimy się co dalej jutro. „No tak, pomyślałem, gdzie my znajdziemy jakiekolwiek miejsce, które będzie się nadawało na nocleg. Na budowę szałasu jest stanowczo za późno. Znów jesteśmy w ciemnej dupie”.

Bogowie nam jednak sprzyjali. Po przetrzebieniu połowy zarośli maczetą, jakby z podziemi wyrosło przed nami wielkie pole a wokół niego kilka myśliwskich ambon. Z bananem na twarzy stwierdziliśmy, że lepszego miejsca o tej porze nie znajdziemy. W jednej z ambon był swego rodzaju barłóg, coś na kształt materaca wykonany ze słomy. Zaplanowaliśmy więc, że najdalej o 21.00 będziemy już po kolacji i pójdziemy spać, a rano o 6.00 pojedziemy do Bałtowa i do domu. Robiło się dość zimno więc zdecydowałem się ubrać się cieplej. Otworzyłem plecak, wyciągnąłem mięsko (było już gotowe) jednak okazało się, że dobrym pomysłem NIE było położenie ubrań pod rozmarzający schabik. Wszystkie ciuchy, łącznie z nieprzemakalną od zewnątrz kurtką z membraną (od wewnątrz już tak :/) były całkowicie przemoczone. Skarpety udało się jakoś wysuszyć przy ognisku, kurtki już niestety nie. Przez to wszystko cała kolacja zajęła nam o wiele dłużej niż planowaliśmy i ostatecznie położyliśmy się spać przed północą. To, że leżeliśmy nie oznaczało wcale, że spaliśmy. Było (cholernie) zimno jak na wiosenną noc, szybko zaczął padać deszcz, a pod amboną sapały jakieś dzikie potwory. Wkrótce jednak zmęczenie wygrało i udało nam się zasnąć. Ciąg dalszy nastąpi...

 


 


Pokaż Lublin - Bałtów na większej mapie


 

 

Dodaj komentarz

Kod antyspamowy
Odśwież