Author: vegedario

 

Kolejna wycieczka rowerowa zaczęła się jak zwykle, od słowa: „ A może byśmy gdzieś pojechali? Ale wiesz w jakieś znaczące miejsce?” Człowiek zabiegany życiowymi sprawami, więc nie chcieliśmy jechać daleko. Wahaliśmy się między szczytem Opołonek (najbardziej na południe wysunięty punkt Polski), a kolanem Bugu w Zosinie (najdalej wysuniętym na wschód punktem Polski). A jako że jesteśmy leniwi wybraliśmy tę druga opcję. Bo bliżej było. Do Zosina chcieliśmy jechać jeszcze dlatego, iż słyszeliśmy, że pod sławnym słupkiem granicznym 903 znajduje się kesz (nowoczesne słowo na pudełko z karteczką, z ang. cache (schowek, skrytka)), w którym można wpisać się jako zdobywca tego miejsca. Wiadomo, kto nie chce być sławny. Jedziemy więc!

Wszystko to działo się na przestrzeni dwóch pięknych sierpniowych dni. Plan był taki, że każdy wyrusza od siebie z domu, spotykamy się na trasie i dalej kontynuujemy razem. Punkt zborny ustaliliśmy w miejscowości Skierbieszów, czyli ok.30km od naszych domów. Już od początku wszystko nie szło tak jak powinno. Silny przedni wiatr sprawił, że ja dojechałem na spotkanie prawię godzinę po Mateuszu. Jednak w Skierbieszowie, zważywszy na to, iż było koło południa skonsumowaliśmy część zapasów energetycznych w postaci kanapek z szynką i dwóch nektarynek. Cóż za uczta :P

Nie marnując więcej czasu ruszyliśmy w drogę. Teraz już razem do celu pozostało nam 65km. Plan był tai, żeby dojechać na miejsce, znaleźć kesz zrobić sobie parę pamiątkowych zdjęć i odjechać 2-3 km od granicy na nocleg. Wszystko to jeszcze przed zachodem słońca. Ambicji nam nie brakowało, ale jak to w życiu, coś musiało pójść nie tak. Zaślepieni, jak zwykle zresztą wiarą w GPS zaufaliśmy drodze, którą wybrało to diabelskie urządzenie. Fakt, była to najkrótsza droga, ale asfaltu było mało, a jak już był to dziura na dziurze. Ciągle tylko las, pole, las, błoto, pole, zaorana droga itd. Chcieliśmy dojechać do Hrubieszowa o 15.30. Ostatecznie spowolnieni przez słabą nawierzchnię dotarliśmy tam niemal o 17. Oczywiście pasowało coś zjeść. Pizza w restauracji „U Chłopa” (btw. polecamy) załatwiła sprawę, ale gdy skończyliśmy jeść było już grubo po 18. No i cały misterny plan…

Szybka decyzja. Do zmroku jeszcze z godzina więc jedziemy w stronę Zosina i rozglądamy się za noclegiem. Nie mieliśmy namiotów, ale przecież to sierpień czas żniw więc na polach pełno skoszonej słomy. Deszcz tez miał nie padać, nie było o co się martwić. Jednak z każdym pokonanym kilometrem nadzieja na nocleg malała. Jak na złość wszędzie pola były już uprzątnięte. W akcie desperacji zajechaliśmy do jednego z przydrożnych domów. Na podwórku krzątali się właściciele, jednak na nasze pytanie czy możemy przespać się chociażby w stodole odpowiedzieli, że jej nie mają, a warunki w jakich żyją są uwłaczające i nie pozwolą zniżyć nam się do ich poziomu. Chcieliśmy ich przekonać, że nie ważne w jakich warunkach, ważne żeby mieć trochę osłony od wiatru i chłodu. Niestety państwo odmówili, ale obiecali, że przenocują nas za rok, bo są w trakcie budowy nowego domu. Cóż trzymamy za słowo :)

Wyciągam słomę ze skarpetTrochę zawiedzenie, ale ciągle równie zdeterminowani postanowiliśmy nie wracać do drogi głównej, ale odjechać nieco droga boczną. To był strzał w dziesiątkę, bo już za drugim zakrętem znaleźliśmy potężną stertę zbelowanej słomy. Niestety nie była to tegoroczna słoma i była już troszkę przegnita. Ale przy odrobinie pracy ułożyliśmy kilka suchych belek w swego rodzaju jaskinię. Wewnątrz, nie było za wiele miejsca, ale w sam raz na dwa śpiwory. Gnijąca słoma zapewniła dużo ciepła; wystarczająco dużo aby zbędnym stało się spanie wewnątrz śpiworów. Było ciepło, było wygodnie ale i tak Mateusz wiercił się jakby miał osy w śpiworze przez większość nocy. Jak rano przyznał miał silne skurcze i to nie dawało mu spać.

Poranek był rześki. Po obfitym śniadaniu: paczce chipsów, wyruszyliśmy w drogę. Do granicy pozostało nam już tylko 3 kilometry więc cel był bliski. Jednak dzisiaj chcieliśmy jeszcze wrócić do domów a przez to, że wczoraj nie wykonaliśmy planu dziś przed nami było więcej obrotów korbą. Ukryliśmy więc pośpiesznie plecaki i sakwy w przydrożnych zaroślach i lekcy jak piórko nacisnęliśmy mocniej na pedały.

Dzięki GPSowi na miejscu byliśmy już przed 9. Słupek widoczny był z daleka, stał niedaleko brzegu Bugu. Od razu zabraliśmy się za poszukiwanie kesza. Jednak długie kopanie w domniemanym miejscu nie przyniosło efektów. Już mieliśmy się poddać ale postanowiliśmy jeszcze rozszerzyć obszar poszukiwań. I udało się pojemnik po plusssz'u był płyciutko tylko troszkę z boku. A w środku karteczka z dotychczasowymi „zdobywcami” i malutki ołówek. Dopisaliśmy nasze nazwiska i zakopaliśmy ponownie pudełko.

W samą porę bo minutę później w oddali zobaczyliśmy nadjeżdżający motocykl. Nic nie wzbudziło naszych podejrzeń jednak motor nieubłaganie się zbliżał. Wkrótce wiedzieliśmy już dlaczego. Był to strażnik graniczny. Po serii pytań strażnik poinformował nas, iż za przebywanie przy granicy bez zezwolenia należy nam się mandat w wysokości 500zł. Jednak Pan był też człowiekiem i powiedział nam, że nie my pierwsi chcieliśmy być w tym miejscu i nie wiedzieliśmy o konieczności zgłaszania tego gdziekolwiek. Rozmowa zeszła na podróże, strażnik na swoim lepszym GPS'ie wskazał nam prawdziwy punkt najdalej wysunięty na wschód. Były to zarośla na północ od słupka granicznego, widać było wydeptane ścieżki do środka meandru rzeki. Był to prawdziwy punkt najdalej wysunięty na wschód (zdj. 1). Po dłuższej rozmowie strażnik graniczny odjechał życząc nam kolejnych udanych wycieczek.  My zrobiliśmy jeszcze kilka fotek, bo rzeka w tym miejscu jest przepiękna i też wyruszyliśmy w drogę powrotną.

Wkrótce dojechaliśmy do miejsca gdzie były nasze rzeczy. Nikt ich nie zabrał. Uff. Obładowani na nowo zmierzaliśmy powrotem do Hrubieszowa. Tam po czymś konkretnym do jedzenia (niestety znowu jakieś śmieciowe żarcie w przydrożnym barze) jechaliśmy już tylko z myślą powrotu do domu przed zachodem słońca. Jednak niewiedzieć czemu jechało się niesamowicie ciężko, ciągle robiliśmy przerwy i przystanki. Ale koniec końców kilometrów do domu było coraz mniej.

G0240692Na kolejnym postoju w Grabowcu, krótkiej drzemce i zabawą z psem przybłędą postanowiliśmy się rozdzielić. Ja pojechałem w kierunku Zamościa, a Mateusz, Skierbieszowa. Była już niestety 16 a ja nadal miałem 50km do domu. Mateusz był w trochę lepszej sytuacji bo było to tylko ok. 40km. Aby się nie zgubić znowu odpaliłem poczciwego GPSa ale on jak zwykle wyprowadził mnie w pole a raczej las. Ostatecznie wyłoniłem się na podwórku jakiegoś gospodarstwa i zapytałem gdzie jest najbliższa ulica. Pani, która siedziała przed domem roześmiała się i tylko wskazała ręką, iż szosa jest tuż za domem. Ośmieszony, podziękowałem i odjechałem. Jednak szybko musiałem się zmierzyć z kolejnym problemem. Zapadł zmrok a mi pozostało jeszcze 15km przez las do domu. Nic, nie ma problemu włączę latarkę i po sprawie. Ale jak na złość baterie ogłosiły kapitulację, i zmuszony byłem jechać niemal w całkowitych ciemnościach. Jedyne światło jakie miałem to sporadyczne oświetlenie od mijających mnie aut. To spowolniło mnie dość mocno i kiedy Mateusz wysyłał mi smsy z informacją, iż jest już w domu ja ciągle pedałowałem. Ostatecznie zmęczony i zły drzwi do mieszkania otworzyłem przed 22. Można iść spać.

Galeria wyprawy:

Mapa wyprawy: TUTAJ

Dane wyprawy:

Data: 27-28 sierpień 2013

Dystans: 212 km

 

 



Dodaj komentarz

Kod antyspamowy
Odśwież