Wyprawy Polska

Polskabanner

Ul. Wojska Polskiego 1B, Nowa Dęba to adres pod który powinni wybrać się wszyscy, którzy chcą poczuć prawdziwą, dziecięcą magię świąt. Tutaj właśnie mieści się podobno jedyne na świecie muzeum bombki choinkowej. W gablotach i na reprezentatywnych choinkach znajduje się kilkaset eksponatów przedstawiających wszelkiego rodzaju i kształtu bombki, style ubierania choinek oraz narzędzia do produkcji tych zwiewnych ozdób.

Widzieliśmy już lodowe wodospady, teraz czas na prawdziwą ucztę dla oka stworzoną przez człowieka. W celu obejrzenia tego zimowego cudu udajemy się na Słowację. Bez obaw jednak, nasz cel znajduje się niedaleko granicy z Polską i jest bardzo dobrze skomunikowany ze światem. Auto zostawiamy w Starym Smokowcu. Koszt 2 euro za godzinę, pakujemy herbatę i ciasteczka do plecaków i ruszamy w 2,5km marsz do malutkiej miejscowości Hrebienok 1285 m n.p.m.. Alternatywnie można tam wjechać kolejką linową, koszt 9 euro w jedną stronę ale co w nogach to i w duszy!

Jest takie miejsce ot niedaleko bo w województwie podkarpackim w małej miejscowości Rudawka Rymanowska, gdzie zimą dzięki sprzyjającej mroźnej pogodzie utrzymującej się przez dłuższy czas można zobaczyć prawdziwy spektakl natury. Turyści i przejezdni tłumnie ściągają w to miejsce i choć łatwo tam dostać się nie jest to co zobaczymy warte jest naszego czasu i wysiłku.

W zeszłym tygodniu miałem przyjemność wybrać się na weekend do Sandomierza. Wszyscy zapewne kojarzą to miasto z Ojcem Mateuszem. Ja tam nie wiem, nie oglądam tego typu seriali, nie interesuję się, nie znam się. Artura Żmijewskiego bądź co bądź nie widziałem. Może się już wyprowadził bo podobno serial się skończył. Jadąc do Sandomierza, nie byłbym sobą gdybym nie zabrał ze sobą roweru. Bywało się tam parę razy w życiu, ale zawsze praktycznie przejazdem, dlatego przez te dwa dni chciałem bliżej zobaczyć miasto i trochę pojeździć w jego okolicach.

 

Choć od ostatniej wyprawy minął już ponad miesiąc, nadal odczuwałem zmęczenie i zakwasy. Tak to jest jak wyrusza się w dalekie podróże nieprzygotowanym, bez wcześniejszej rozgrzewki i ćwiczeń. Zmobilizowany powodzeniem poprzedniej wyprawy, oglądałem w internecie filmy z przygotowań do triatlonu Ironman oraz wygląd samej imprezy (jak zwykle trochę za wysoko mierzę) Przypadkiem trafiłem na historię zakonnicy (siostra Madonna Buder aka Iron Nun), która rozpoczęła trening do tych zawodów w wieku 48 lat, a po raz pierwszy pokonała całą trasę w regulaminowym czasie w wieku 52 lat. Był to jak dla mnie nieprawdopodobny wyczyn i zamierzam w przyszłości (jak wreszcie będzie mi się chciało) „zaliczyć” cały wyścig.

 

I cały misterny plan…

„Prawdę mówiąc nie udało się wstać o 6.00. Padał deszcz, wiał siny wiatr, było zimno. Andrzej tak się zawinął w śpiworze, że nawet nosa nie wystawił do 9.00. Kiedy już wstałem dotarło do mnie jak mocno będę cierpiał tego dnia. Mięśnie nóg bolały mnie tak bardzo, że zejście z drabiny wydawało się niewykonalnym zadaniem. Tak to jest jak jedzie się bez wcześniejszego przygotowania, rozgrzewki i odpowiedniej diety. Ze śniadaniem też nie było kolorowo, nasza wina, za bardzo pierdzieliliśmy się z pieczeniem mięska. W konsekwencji wywaliliśmy część i dopiero koło 11.00 wyruszyliśmy w drogę."

 

Jak to się zaczęło?

 

A zaczęło się od tego, że... No już nie pamiętam skąd wpadł mi do głowy ten pomysł. Zawsze po Lublinie spacerowałem piechotą, a Andrzej wolał podróżować rowerem. Ale nie chciał przywozić swojego super roweru i nie kusić złodziei ”Wiadomo Lublin, trzeba mieć oczy wokół głowy.”, dlatego na pchlim targu kupił sobie taki badziewny rowerek młodzieżowy za 90 zł. Po 300 km zużyciu uległa śruba mocująca pedał do osi supportu. A, że Andrzej jest leniwy wolał przyjechać swoim lepszym rowerkiem do Lublina, i zabrać ze sobą dwie kłódki ”Przezorny zawsze ubezpieczony”. Pożyczałem więc od niego uszkodzony rower i jeździliśmy trochę razem po ścieżkach rowerowych Lublina m.in. nad zalew Zemborzycki. Ja oczywiście z kluczem, którym co chwilę dokręcałem pedał. Pewnego dnia nastąpił przełom i postanowiłem kupić śrubę w Praktikerze. Śruba była tak złej jakości, że po dokręceniu trzpień został w środku i jedynym wyjściem było przyspawanie pedału na stałe. Zrobiłem to za 2 piwa u mojego kolegi i można było śmigać.

 

Kolejna wycieczka rowerowa zaczęła się jak zwykle, od słowa: „ A może byśmy gdzieś pojechali? Ale wiesz w jakieś znaczące miejsce?” Człowiek zabiegany życiowymi sprawami, więc nie chcieliśmy jechać daleko. Wahaliśmy się między szczytem Opołonek (najbardziej na południe wysunięty punkt Polski), a kolanem Bugu w Zosinie (najdalej wysuniętym na wschód punktem Polski). A jako że jesteśmy leniwi wybraliśmy tę druga opcję. Bo bliżej było. Do Zosina chcieliśmy jechać jeszcze dlatego, iż słyszeliśmy, że pod sławnym słupkiem granicznym 903 znajduje się kesz (nowoczesne słowo na pudełko z karteczką, z ang. cache (schowek, skrytka)), w którym można wpisać się jako zdobywca tego miejsca. Wiadomo, kto nie chce być sławny. Jedziemy więc!