Author: vegedario

Pobudka po deszczu. Namiot już nie wie coś się dzieje, podłoga jest podziurawiona, karimaty nasiąkają wodą, jeszcze jedna mokra noc i śpiwory też nie wytrzymają. Mimo, że budzimy się o 8.00, dopiero o 11.00 ruszamy. Brak nam sił, dociskamy jednak na podjeździe, bo cel na popołudnie to wodospady Latefossen, jedne z bardziej znanych w Norwegii.

Siła z jaką spada woda ze 165 metrowych wodospadów wyrywa z pedałów - dosłownie, bo wodospady spadają tuż prz ed główną szosą, a następnie woda przepływa pod nią. Nie sposób przejechać pozostając suchym.

Ze spraw przyziemnych: ja w końcu myję się porządnie korzystając z obecności toalety z gorącą wodą. Przed nami większa miejscowość – Skare. Za nią zaczynają się też większe problemy podjazdowe. Godzina rozpaczy, zanim zbierzemy siły na zdobywanie tej pionowej ściany (ciężarówki z oddali wydawały się takie drobne, mieliśmy jeszcze nadzieję, że to nie nasza droga). Nie chcę naciskać, ale przed nami trudny odcinek i należałoby pokonać go przed nocą. Udaje się ruszyć z uśmiechem.

Za 1,5 km tunel z zakazem dla rowerów. Myślimy co robić, kiedy uświadamiam sobie, że nie mam jednego buta który suszył sie na sakwie! No to ładnie... 5 km podjazdu trzeba będzie powtarzać, bo nie wiadomo gdzie się zgubił. Szczęśliwie znajduję go kilkaset metrów za mną, uff! Dojeżdżamy do tuneli i rozkładamy karton z błagalną prośbą. M. mówi, iż kategorycznie nie jedzie górą, bo to aż 650 metrów. Mi też się to nie uśmiecha zważywszy na to, że właśnie minęliśmy zjeżdżającego stamtąd sakwiarza, który mówi że są tam niezłe zaspy (tak, śniegu w środku lata ;).

Po dosłownie 10 minutach zatrzymuje się uśmiechnięty od ucha do ucha Norweg, nic nie mówi, tylko się śmieje i pokazuje, żeby pakować sprzęt do bagaznika jego combo. Wspaniale! M. siada z nim, ja natomiast na pace z rowerami. Mily pan podwozi nas aż do Roldal i wysadza nas przed swoim domem. Widząc nasze puszki, mówi: „poczekajcie” i przynosi trzy ogromne wory z puszkami: „weźcie sobie, nazbierałem to na wiosnę w górach – ależ ci turyści śmiecą. Ja i tak bym je wyrzucił”. A przecież w sklepie dają kaucję, za nie można zaoszczędzić na zakupach. Wyjaśnia dalej, że są mu zbędne, bo ma więcej pieniędzy niż potrzebuję. Takiej dobroczynności dawno nie doświadczyliśmy. Z nowym łupem kierujemy się od razu do sklepu – zbijamy fortunę, bo aż 150 NOK! (70 zł za puszki i plastikowe butelki) Robimy większe zakupy niż możemy uwieźć. To nie była dobra decyzja, bo przed nami kolejny podjazd, ale co tam - dobrego nigdy za wiele.

Powoli i mozolnie posuwamy się w górę, przed nami tunele zakrętowo-ósemkowe, chyba najgorsza opcja tu, a niebezpieczeństwo 1000 %. Przez nie na pewno nie przejedziemy. Mamy jeszcze karton i postanawiamy z niego skorzystać – a co, dobrą passę dziś mamy! Teraz M. zatrzymuje stopa, ja zaś siadam na barierce i o mało z niej nie spadam jak widzę, że po chwili zatrzymuje się ogromny rozpędzony TIR! Z opadniętą do ziemi szczeką podchodzę do M., zaglądamy do kabiny, wita nas litwiński kierowca i już otwiera nam naczepę. Trochę zalatuje ze środka rybami, bo taki jest ładunek, ale dla nas to manna z nieba (ta podwózka ;). Ivars mówi, że w tych górach dużo jest Grizzly i żeby nie spać na otwartym terenie. Z tego powodu, zamiast wysiąść od razu za tunelami, decydujemy się podjechać do pierwszej miejscowości. Tym samym rozstajemy się w miejscowości Haukeligrend. Po drodze Ivars opowiada kilka ciekawych historii:

- o pewnej młodej Francuzce, która w klapkach chciała jechać na Nordkapp; kiedy wsiadała do jego kabiny nie mogła uwierzyć, że w lecie tutaj w górach może być 4 metry śniegu i jak to wogóle możliwe, że tam na północy jest zimno, skoro u nich w Paryżu około 30 stopni teraz;

- o koledze, który kupił motor i następnego dnia postanowił pojechac na Nordkapp. Wystratował z Oslo i już na rogatkach miasta dzwonił do Ivarsa, żeby przyjechał i zbrał go z motorem do domu, bo on w deszczu nie będzie jechał. Taki kozak!

- i o tym, że w Bergen ciągle pada i nic tylko rzucić się z mostu, taka deprecha.

Rozstajemy się na stacji benzynowej. Chcemy jeszcze nabrać gorącej wody na kąpiel, ale minutę przed naszym przybyciem ją zamknięto. Pech. Namiot rozbijamy niedaleko stacji. Modlimy się, żeby grizzli nie węszyło tu w nocy, jedzenie zostawiamy szczelnie zamknięte za namiotem – tak na wszelki wypadek. Przytuleni do poduszek studiujemy mapę i wynika z niej, że śpimy na 986 m. n.p.m. i jutro od rana czeka nas wspaniały zjazd. Dobranoc.

 

Pozostałe zdjęcia z tego i pozostałych dni znajdziecie w galerii:

1sponsorzy Norwegia

frokost - po norwesku "śniadanie"

Komentarze   

# W Duecie po Świecie 2017-03-27 20:04
Ale czaderski konserwowóz :P
Odpowiedz | Odpowiedz z cytatem | Cytować

Dodaj komentarz

Kod antyspamowy
Odśwież