Author: vegedario

Budzik dzwoni o 6.00, jednak po wczorajszym wysiłku udaje nam się wstać dopiero godzinę później. Na szlak na Trolltungę ruszamy o 8.00. Sądzimy, że nie jest za późno, wnioskując z przewodnika marsz trwa 8-10 godzin w obie strony. Na popołudnie powinniśmy być spowrotem. Wyczytałem w necie, że podobno najszybciej można pokonać pierwsze 400 m przewyższenia wspinając się po schodach kolejki górskiej. Niestety trwają prace budowlane i tory oraz schody są zburzone.

Ruszamy głównym szlakiem. Tłum jest niemały, strome podejście prowadzi przez las. Patrząc na ludzi wokoło można pomyśleć, że szlak jest dziecinnie prosty: obok nas idą osoby w T-shirtach (jest około 0 stopni), kobiety w szpilkach, czy dzieciaki w shortach niosące tylko aparat fotograficzny. Wbrew pozorom, ten trekking okaże się jednym z trudniejszych w naszej karierze. Po pokonaniu 1 z 11 km jest nieco łatwiej, wychodzimy z lasu, a teren nie wspina się tak agresywnie. Wokół słychać słynne polskie słowa: „K****, a mogłem kurtkę wziąć” „K****, jak mogłeś nie wziąść browarów!” „K****, ale piź***” To grupa studentów maszerująca obok. Na 3-cim km znów dość strome podejście, drzew już nie ma, otwierają się widoki na las, z którego przyszliśmy. Do 4-go km widać, że szlak jest zadbany, dowiadujemy się, że w zeszłym tygodniu zakończono odnawianie go, dodano drewniane kładki.

Między 4 a 5 km jest granica śniegu, tu potrzebne są już konkretne buty, no i lepiej podążać utartym szlakiem, bo można jednym nieostrożnym krokiem znaleźć się w przeręblu jakiegoś lodowego jeziorka. Od 5 km widoki są już niczym nie zaburzone, mamy piękną pogodę, idziemy skrajem klifu spadającego do sztucznego jeziora poniżej, woda jest turkusowa, dookoła resztki nie stopionego jeszcze śniegu. Na 9 km dostrzec można już gdzie znajduje się miejsce docelowe, świadczy o tym... dłuuuuga kolejka, która wije się na 100, a może i więcej metrów. Już wiemy, że zdjęcia na Języku nie będzie – trzeba myśleć o bezpiecznym powrocie, bo jeśli postoimy w kolejce prawdopodobnie parę godzin, nie zdążymy wrócić przed nocą, co mogłoby się okazać zgubne. O 14.30 docieramy na miejsce, jesteśmy wyraźnie zawiedzeni: tłum ludzi to raz, ale sam Język jest mały i wcale nie wystaje tak spektakularnie jak możnaby wnioskować ze zdjeć, efekt ten osiągany jest za pomocą perspektywy – tylko z jednego miejsca tak naprawde zdjęcia wychodza takie jak w folderach reklamowych. Ech komercha i tu. Jemy rybkę, rozmawiamy chwilę z Czarkiem i Andżeliką, których często mijamy w drodze przezkraj, robimy parę selfie w oddali (tak aby kolejki ludzi nie było widać) i startujemy w drogę powrotną. Jest 15.30.

Szybko okazuje się, że od wspinaczki trudniejsze jest zejście. Jesteśmy już zmęczeni, wprawdzie jest ciepło (idziemy bez kurtek), ale wiejący wiatr zapowiada zimną noc. Musimy się spieszyć. Nie pomaga fakt, że na 3km dokucza nam ból nóg. Na zmianę niesiemy już nie tak ciężki plecak (zrobiony z sakwy – dookoła przepletliśmy pasy mocujace – super patent!). Co chyba najgorsze (na szczeście nie chodzi o nas), schodząc mijamy wciąż grupy ludzi idace na Język. O ile ci z namiotami, są usprawiedliwieni, o tyle nastoletni Hiszpan w T-shircie i spodenkach, Cygańskie kobiety w spódnicach do kostek czy nastolatka w stroju do fitnessu już nie do końca. Bedąc już na 2km od końca nie wytrzymujemy i pytamy jednych z takich wchodzących ancymonków dlaczego się tam pchają na noc. Odpowiedź nas zaskakuje: „My nie na Język, tam jutro, dziś będziemy spać w kabinie na 4,5km”. Odpowiadamy, że widzieliśmy kabinę wygląda jakby przeszło przez nią tornado, była podpalona w środku i zalana, a poza tym ma 3 m2 i to nie jest hotel – to kabina (raczej kpina) ratunkowa, dla 3 osób może. Jeśli podobnie planuje reszta wspinaczy to tutejszy GOPR będzie miał sporo pracy w nocy. Rozmówcy nie odpowiedzieli, tylko poszli dalej. Dochodzimy do wniosku, że większość osób tu idących nie ma pojęcia, że to nie jest niedzielny spacer po parku.

O 23.00 wtaczmy się do namiotu. Dosłownie, bo nogi praktycznie zmuszamy do zaniesienia nas do śpiworków. To był wysiłek ponad nasze możliwości. O północy jeszcze gotujemy rosół, ze zmęczenia przy wyciąganiu rowerów z namiotu przedzierm dach przedsionka – na szczęście taśma izolacyjna jest nieoceniona. Dziś śpię też jak król, ponieważ na trasie w śniegu znajdujemy tandetną, ale całą karimatę z motywem Hawajów. Znaleziona + moja własna dają mi niebiański nocleg. Tego potrzeba po tak forsującym dniu.

Pozostałe zdjęcia z tego i pozostałych dni znajdziecie w galerii:

Podsumowanie tego dnia:

 

1sponsorzy Norwegia

 

 

 

 

 

 

frokost - po norwesku "śniadanie"

Dodaj komentarz

Kod antyspamowy
Odśwież