Schodząc na brzeg w Danii pierwsze co nas uderza to rozległość przestrzeni. Płaskiej przestrzeni. Nasz wzrok błędnie szuka punktów zaczepienia, wybrzuszeń krajobrazu, fałdowania terenu. Najwyższym punktem wydaje się wierzchołek masztu na przystani, na którym zawieszona jest dumnie flaga Danii.

Syte śniadanie z jajecznicy z kurkami nastraja nas pozytywnie na ostatnie 58km w Norwegii. Przed startem wymieniamy łańcuchy na nowe i zbieramy sporo jagód coby mieć co przeżuwać przez cały dzień. Gdy ruszamy M. twierdzi, że kropi, ja nic takiego nie czuję choć rzeczywiście jest pochmurno. Dziś wiatru nie ma wogóle, po obu stronach drogi też jest już niemal płasko.

Pobudka przy przyjemnej pogodzie daje nam sił do zbierania się. W ciągu dnia ciągle jedziemy wzdłuż rzeki która tak naprawdę ciągnie się już od Hovden ale teraz nabrała szerokości i wielkości. Woda ma jednak standardowy kolor, nie jest to już turkusowy kolor polodowcowych rzek z północy. Dziś asfalt ma trochę małych podjazdów ale wiatr wieje w plecy więc jest ciągle jakby w dół.

Noc i poranek są ładne więc dobrze nastraja to na kolejny dzięń jazdy. Muchy jakby trochę odpuściły więc składanie namiotu idzie gładko. Obliczyliśmymy, że do celu mamy 170km czyli 3 dni po 57km. Będzie przyjemnie to wiemy bo szosa jest jak zaczarowana, ciągle w dół. Zbieranie puszek idzie nam jednak wyjątkowo słabo – mieszka tu więcej ludzi, teoretycznie powinno ich być więcej ale pewnie ktoś zajmuje się ich zbieraniem na codzień. Mamy tylko dwie po 26km, a normalnie powinno być ok 30.

Ranek nareszcie jest bezdeszczowy. Zanim wyruszyliśmy zdążyłam umyć włosy i jakoś tak suszenie zeszło do 11.00. Poranek też brutalnie weryfikuje nasze wczorajsze plany o błogim zjeździe. Droga do Kristiansand, do którego zmierzamy, niestety jest podjazdem i to jakże morderczym (mapy kłamią!) – 7 km wijącej się serpentynami szosy w górę i jeszcze wyżej. Nie przeszkadzało to jednak pewnemu Norwegowi, którego spotykamy po drodze: przyjechał z Oslo, ma tu domek letniskowy, bo są lepsze górki niż na wybrzeżu, codziennie rano więc trzy razy zjeżdża i podjeżdża dla relaksu, jak sam mówi. A my raz nie możemy.

Pobudka po deszczu. Namiot już nie wie coś się dzieje, podłoga jest podziurawiona, karimaty nasiąkają wodą, jeszcze jedna mokra noc i śpiwory też nie wytrzymają. Mimo, że budzimy się o 8.00, dopiero o 11.00 ruszamy. Brak nam sił, dociskamy jednak na podjeździe, bo cel na popołudnie to wodospady Latefossen, jedne z bardziej znanych w Norwegii.

Ból nóg po przebudzeniu doskwierał nam bardzo. Nawet wyjście na siku graniczyło z cudem. Dopiero o 11.00 rozruszaliśmy się na tyle, aby pozbierać ekwipunek i wytoczyć się na trasę. Na naszą korzyść początkowo działał teren, bo mieliśmy 500 m przewyższenia do pokonania. Cały czas w dół – sama frajda! Przy stadionie w Tyssedal korzystamy z toalety i prysznica. Potem na dole odbieramy z krzaczorów nasze puszki i kierujemy się na powrót do Oddy.

Budzik dzwoni o 6.00, jednak po wczorajszym wysiłku udaje nam się wstać dopiero godzinę później. Na szlak na Trolltungę ruszamy o 8.00. Sądzimy, że nie jest za późno, wnioskując z przewodnika marsz trwa 8-10 godzin w obie strony. Na popołudnie powinniśmy być spowrotem. Wyczytałem w necie, że podobno najszybciej można pokonać pierwsze 400 m przewyższenia wspinając się po schodach kolejki górskiej. Niestety trwają prace budowlane i tory oraz schody są zburzone.